Informacje
visvis z miasta Dąbrowa Górnicza
2247.22 km wszystkie kilometry
636.68 km (28.33%) w terenie
5d 16h 53m czas na rowerze
16.42 km/h avg
636.68 km (28.33%) w terenie
5d 16h 53m czas na rowerze
16.42 km/h avg
Kategorie
Góry bliższe i dalsze.8 Hiszpania.43 Jura.8 o wszystkim i o niczym.10 okolice domu bliższe i dalsze.52Znajomi
Moje rowery
Szukaj
Wykres roczny
Zdjęcia
Archiwum
- 2013, Sierpień.4.0
- 2013, Lipiec.4.0
- 2013, Czerwiec.7.0
- 2013, Maj.10.0
- 2013, Kwiecień.6.0
- 2013, Marzec.2.0
- 2011, Luty.1.0
- 2010, Grudzień.1.0
- 2010, Wrzesień.25.21
- 2010, Sierpień.16.33
- 2010, Lipiec.2.6
- 2010, Czerwiec.5.5
- 2010, Maj.6.5
- 2010, Kwiecień.8.6
- 2010, Luty.1.2
Wpisy archiwalne w kategorii
okolice domu bliższe i dalsze
Dystans całkowity: | 150.00 km (w terenie 70.00 km; 46.67%) |
Czas w ruchu: | 09:31 |
Średnia prędkość: | 15.76 km/h |
Maksymalna prędkość: | 63.00 km/h |
Liczba aktywności: | 4 |
Średnio na aktywność: | 37.50 km i 2h 22m |
Więcej statystyk |
Wstawaj! Życie to surfing…
Sobota, 4 września 2010 | dodano:07.09.2010 | linkuj | komentarze(0)
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
.
… więc nie bój się fal!
Ten refren piosenki Myslovitz jest doskonałym odzwierciedleniem sobotniego poranka i całej reszty tego dnia. Zgodnie z wczorajszym postanowieniem wstajemy skoro świt i po mini śniadaniu pędzimy razem z Polly do Kuby, z którym byliśmy umówieni o 8.30 pod jego domem…
No właśnie… 8.30 tutaj to jeszcze prawie, że noc… Nam wstać się udało, ale jak się okazało, Kuba miał z tym mały problem… 8.35 siedzimy na schodach pod mieszkaniem Kuby i dzwonimy do niego, jednak jego komórka milczy… 8.43 dalej dzwonimy, a komórka dalej milczy… Zapada decyzja, że jeśli do 9 nie odbierze to idziemy dospać na plażę…
Kilka minut po 9 rozkładamy już ręczniki na chłodnym jeszcze piasku i zasypiamy wsłuchując się w kojący szum fal oceanu… Jakoś kilka minut po 10 budzi mnie telefon Polly! Dzwoni Kuba!
Zbieramy się z plaży, zaliczamy szybkie śniadanie (w bardzo dobrej cenie – duża tostada i kawa z mlekiem – 2,5 euro!), kupujemy kanapki na drogę i ruszamy w stronę Palmar – miejscowości i plaży leżącej ok. 60 km od Tarify, gdzie fale pozwalają poczuć co znaczy prawdziwy surfing…
No właśnie… Prawdziwy surfing… Cały czas siedząc w samochodzie towarzyszą mi mieszane uczucia i wrażenie, że za sporty wodne zabieram się od D strony… Może zanim spróbuje stać się pogromcą fal partałoby się najpierw nauczyć pływać… Ale co mi tam! Polly kończyła kurs ratownika, Kuba też dobrze pływa, woda w oceanie jest słona, a przy odrobinie szczęścia fala i tak wyrzuci mnie na brzeg, więc… nie ma innej opcji i dzisiaj elvisiątko będzie surferem!
No i każdy zada pewno pytanie jak było… Jakkolwiek to banalnie zabrzmi, ale było genialnie! Pomimo tego, że ani razu nie udało mi się stanąć na desce i tak popłynąć, obiłem sobie prawy łokieć i kilka razy przecharatałem tyłkiem i plecami po dnie, wypiłem hektolitry słonej wody i miałem cały brzuch wysmarowany woskiem z deski było po prostu MEGA!
Siła fal, które z nieprawdopodobną mocą wypychają Cię na brzeg, jak gdyby nie chciały Cię więcej widzieć w wodzie… To przyspieszenie, kiedy leżysz na desce i czekasz na falę w spokojnej wodzie, a ona nagle przychodzi, wyrywa Cię do góry i próbuje wyrzucić do góry, odepchnąć od siebie jak najdalej, a wszystko to przy akompaniamencie szumiących grzmotów wody i niewyobrażalnej ilości piany… MEGA, ME – GA!!!
I choć na dzień dzisiejszy dalej uznaję wyższość roweru nad wszystkimi innymi sportami, jakie miałem okazję kiedykolwiek uprawiać wiem, że jeśli jeszcze kiedyś będę miał okazję spróbować stanąć na desce surfingowej na pewno z tej okazji skorzystam… A kto wie… Może jeśli kiedyś w końcu pływać się nauczę moim sposobem na wakacje będzie wyjazd do Australii i starcie z falami największymi z największych… Kto wie, kto wie… :)
… więc nie bój się fal!
Ten refren piosenki Myslovitz jest doskonałym odzwierciedleniem sobotniego poranka i całej reszty tego dnia. Zgodnie z wczorajszym postanowieniem wstajemy skoro świt i po mini śniadaniu pędzimy razem z Polly do Kuby, z którym byliśmy umówieni o 8.30 pod jego domem…
No właśnie… 8.30 tutaj to jeszcze prawie, że noc… Nam wstać się udało, ale jak się okazało, Kuba miał z tym mały problem… 8.35 siedzimy na schodach pod mieszkaniem Kuby i dzwonimy do niego, jednak jego komórka milczy… 8.43 dalej dzwonimy, a komórka dalej milczy… Zapada decyzja, że jeśli do 9 nie odbierze to idziemy dospać na plażę…
Pobudka na plaży© visvis
Kilka minut po 9 rozkładamy już ręczniki na chłodnym jeszcze piasku i zasypiamy wsłuchując się w kojący szum fal oceanu… Jakoś kilka minut po 10 budzi mnie telefon Polly! Dzwoni Kuba!
martwa natura z płotkiem w tle© visvis
Zbieramy się z plaży, zaliczamy szybkie śniadanie (w bardzo dobrej cenie – duża tostada i kawa z mlekiem – 2,5 euro!), kupujemy kanapki na drogę i ruszamy w stronę Palmar – miejscowości i plaży leżącej ok. 60 km od Tarify, gdzie fale pozwalają poczuć co znaczy prawdziwy surfing…
Nie posmarujesz? Nie połyniesz!© visvis
No właśnie… Prawdziwy surfing… Cały czas siedząc w samochodzie towarzyszą mi mieszane uczucia i wrażenie, że za sporty wodne zabieram się od D strony… Może zanim spróbuje stać się pogromcą fal partałoby się najpierw nauczyć pływać… Ale co mi tam! Polly kończyła kurs ratownika, Kuba też dobrze pływa, woda w oceanie jest słona, a przy odrobinie szczęścia fala i tak wyrzuci mnie na brzeg, więc… nie ma innej opcji i dzisiaj elvisiątko będzie surferem!
VXT nigdy się nie nudzi!© visvis
No i każdy zada pewno pytanie jak było… Jakkolwiek to banalnie zabrzmi, ale było genialnie! Pomimo tego, że ani razu nie udało mi się stanąć na desce i tak popłynąć, obiłem sobie prawy łokieć i kilka razy przecharatałem tyłkiem i plecami po dnie, wypiłem hektolitry słonej wody i miałem cały brzuch wysmarowany woskiem z deski było po prostu MEGA!
w oczekiwaniu na falę© visvis
Siła fal, które z nieprawdopodobną mocą wypychają Cię na brzeg, jak gdyby nie chciały Cię więcej widzieć w wodzie… To przyspieszenie, kiedy leżysz na desce i czekasz na falę w spokojnej wodzie, a ona nagle przychodzi, wyrywa Cię do góry i próbuje wyrzucić do góry, odepchnąć od siebie jak najdalej, a wszystko to przy akompaniamencie szumiących grzmotów wody i niewyobrażalnej ilości piany… MEGA, ME – GA!!!
Surfer w cieniu palm© visvis
I choć na dzień dzisiejszy dalej uznaję wyższość roweru nad wszystkimi innymi sportami, jakie miałem okazję kiedykolwiek uprawiać wiem, że jeśli jeszcze kiedyś będę miał okazję spróbować stanąć na desce surfingowej na pewno z tej okazji skorzystam… A kto wie… Może jeśli kiedyś w końcu pływać się nauczę moim sposobem na wakacje będzie wyjazd do Australii i starcie z falami największymi z największych… Kto wie, kto wie… :)
Masters of Kite
Piątek, 3 września 2010 | dodano:07.09.2010 | linkuj | komentarze(3)
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Następnego dnia po urodzinach Polly ekipa VXT rozdziela się. Ja zostaję w Tarifie jeszcze przez tydzień, a Agata z Adamem kierują się powoli w stronę domu. W piątek skoro świt ruszają w drogę do Malagi, a potem noc na lotnisku i wylot o 6 rano w stronę Krakowa. Mnie to czeka na szczęście dopiero za tydzień…
A z racji tego, że został mi jeszcze tydzień – wybieramy dzisiaj korzystanie z uroków Tarify, mekki wszelkich sportów, które w swojej nazwie zawierają słówko „surfing” i jedziemy kibicować zawodnikom mistrzostw „Masters of Kite”, które rozgrywają się na plaży w zatoce Valdevaqueros.
Całe zawody trwają 4 dni, a my mieliśmy wyjątkowe szczęście (jak zwykle zresztą) i trafiliśmy na zawody we Freestyle, czyli to, co Tygryski lubią oglądać najbardziej. Efektowne skoki, przeradzające się w prawdziwe loty, ewolucje w powietrzu i jeszcze wiele innych rzeczy, których normalny człowiek o zdrowych zmysłach nie jest w stanie sobie wyobrazić :) Jedyne ograniczenie to niczym nieograniczona wyobraźnia i fantazja Riderów!
Każdy znalazł coś dla siebie i każdy mógł podziwiać to, co najbardziej go interesowało. W polu widzenia każdy znalazł coś interesującego: najbardziej wypasiony sprzęt do pływania, dobrą muzykę, wakacyjny klimat i mega pozytywną atmosferę! Dziewczyny nie pozostawały też obojętne wobec opalonych i atletycznych ciał zawodników, a my z chłopakami też nie płakaliśmy z powodu sporej liczby skąpo ubranych i opalonych niewiast obecnych na plaży…
Zawody ku uciesze wszystkich wygrał Holender, który rzeczywiście na zwycięstwo zasłużył no i przede wszystkim pokonał Hiszpana, który we wcześniejszej fazie zwodów wyeliminował naszego faworyta! Dobrze mu tak!
A co po zawodach? W drodze powrotnej odwiedziliśmy sklep i wypożyczalnie sprzętu do surfowania, aby jutro spróbować swoich własnych sił w pokonywaniu fal i pływaniu na desce… :)
A z racji tego, że został mi jeszcze tydzień – wybieramy dzisiaj korzystanie z uroków Tarify, mekki wszelkich sportów, które w swojej nazwie zawierają słówko „surfing” i jedziemy kibicować zawodnikom mistrzostw „Masters of Kite”, które rozgrywają się na plaży w zatoce Valdevaqueros.
Zatoka Valdevaqueros© visvis
Całe zawody trwają 4 dni, a my mieliśmy wyjątkowe szczęście (jak zwykle zresztą) i trafiliśmy na zawody we Freestyle, czyli to, co Tygryski lubią oglądać najbardziej. Efektowne skoki, przeradzające się w prawdziwe loty, ewolucje w powietrzu i jeszcze wiele innych rzeczy, których normalny człowiek o zdrowych zmysłach nie jest w stanie sobie wyobrazić :) Jedyne ograniczenie to niczym nieograniczona wyobraźnia i fantazja Riderów!
PRO vel Loża Szyderców© visvis
Każdy znalazł coś dla siebie i każdy mógł podziwiać to, co najbardziej go interesowało. W polu widzenia każdy znalazł coś interesującego: najbardziej wypasiony sprzęt do pływania, dobrą muzykę, wakacyjny klimat i mega pozytywną atmosferę! Dziewczyny nie pozostawały też obojętne wobec opalonych i atletycznych ciał zawodników, a my z chłopakami też nie płakaliśmy z powodu sporej liczby skąpo ubranych i opalonych niewiast obecnych na plaży…
Masters of Kite© visvis
Zawody ku uciesze wszystkich wygrał Holender, który rzeczywiście na zwycięstwo zasłużył no i przede wszystkim pokonał Hiszpana, który we wcześniejszej fazie zwodów wyeliminował naszego faworyta! Dobrze mu tak!
I belive I can fly!© visvis
A co po zawodach? W drodze powrotnej odwiedziliśmy sklep i wypożyczalnie sprzętu do surfowania, aby jutro spróbować swoich własnych sił w pokonywaniu fal i pływaniu na desce… :)
Masters of Kite© visvis
Jump!© visvis
Urodzin ciąg dalszy!
Czwartek, 2 września 2010 | dodano:06.09.2010 | linkuj | komentarze(3)
Kategoria okolice domu bliższe i dalsze, Hiszpania
Kategoria okolice domu bliższe i dalsze, Hiszpania
Nocne życie w Hiszpanii pozwala na świętowanie urodzin przynajmniej 2 razy. Pierwszy raz dokładnie o północy, kiedy zaczyna się urodzinowy dzień, a drugi raz – podobnie jak w Polsce – tego samego dnia, ale pod wieczór, kiedy wszyscy przyjaciele czy rodzina skończą już pracę.
Nie inaczej było i tym razem. Pierwsze „obchody” urodzin w Almedinie, potem „obchody” rowerowe, a wieczorem specjalna kolacja urodzinowa przygotowana przez Larę – właściciela jedynej prawdziwie taryfiańskiej szkoły Kitesurfingu! A dlatego jedynej prawdziwie taryfiańskiej, ponieważ wśród właścicieli wszystkich szkół Kite w Tarifie, tylko Lara pochodzi z Tarify. Reszta właścicieli to przyjezdni, którzy tutaj właśnie postanowili zrobić interes życia. No i sama nazwa szkoły też jest bardzo wymowna – Kite Local School Tarifa.
A jeśli jesteśmy już przy lokalności to kolacja oczywiście też musiała być lokalna i Lara przygotował Paellę *, z której wprost słynie. Kilka razy do roku, właśnie przed swoją szkołą, organizuje publiczne gotowanie Paelli, na które zaproszony jest każdy, kto ma ochotę przyjść i spróbować kulinarnego fachu Lary.
Dzisiejsza kolacja była zdecydowanie bardziej kameralna i wydana specjalnie na cześć Jubilatki. Goście dopisali, a jedzenie było wyśmienite – podobnie jak cały wieczór z resztą. Nie zabrakło owoców morza, mojito, a także dobrego humoru, gitary, śpiewu, zwłaszcza „100 lat” we językach wszystkich osób, które były obecne oraz kitsurferskiego ślubowania na banderę KLS!
Odwiedziła nas też lokalna policja, która zakończyła imprezę przed szkołą Lary jakoś kilkanaście minut po północy, nie podzielając naszego entuzjazmu z siedzenia na materacu rozłożonym na drodze i śpiewu w rytm gitarowego akompaniamentu… na szczęście obeszło się bez mandatów i innych represji :)
* Paella – to tradycyjne hiszpańskie danie przygotowywane z ryżu oraz warzyw. W zasadzie Paellę można dostać w każdej hiszpańskiej restauracji, to ta, którą przygotował Lara była nieziemska. Nie było to danie przygotowanie jako jedno z setek z zaciszu restauracyjnej kuchni, a prawdziwa hiszpańska kolacja przygotowana przez autochtona! W ogromnej patelni (specjalnej do przyrządzania Paelli) znalazło się wszystko, co w tej potrawie znaleźć się powinno: ryż, papryka, kukurydza, groszek i wszelkiej maści owoce morza z krewetkami, kalmarami i małżami na czele…
Drogi czytelniku, jeśli kiedykolwiek dotrzesz do Hiszpanii, koniecznie musisz spróbować tradycyjnej Paelli. Nawet jeśli nie lubisz owoców morza postaraj się przełamać (Agata dała radę!) i spróbuj Paelli, bo jeśli tego nie zrobisz, to tak jak gdybyś w Polsce nigdy nie poznał smaku bigosu…
Nie inaczej było i tym razem. Pierwsze „obchody” urodzin w Almedinie, potem „obchody” rowerowe, a wieczorem specjalna kolacja urodzinowa przygotowana przez Larę – właściciela jedynej prawdziwie taryfiańskiej szkoły Kitesurfingu! A dlatego jedynej prawdziwie taryfiańskiej, ponieważ wśród właścicieli wszystkich szkół Kite w Tarifie, tylko Lara pochodzi z Tarify. Reszta właścicieli to przyjezdni, którzy tutaj właśnie postanowili zrobić interes życia. No i sama nazwa szkoły też jest bardzo wymowna – Kite Local School Tarifa.
Kite Local School© visvis
A jeśli jesteśmy już przy lokalności to kolacja oczywiście też musiała być lokalna i Lara przygotował Paellę *, z której wprost słynie. Kilka razy do roku, właśnie przed swoją szkołą, organizuje publiczne gotowanie Paelli, na które zaproszony jest każdy, kto ma ochotę przyjść i spróbować kulinarnego fachu Lary.
jemy, jemy!!© visvis
Dzisiejsza kolacja była zdecydowanie bardziej kameralna i wydana specjalnie na cześć Jubilatki. Goście dopisali, a jedzenie było wyśmienite – podobnie jak cały wieczór z resztą. Nie zabrakło owoców morza, mojito, a także dobrego humoru, gitary, śpiewu, zwłaszcza „100 lat” we językach wszystkich osób, które były obecne oraz kitsurferskiego ślubowania na banderę KLS!
Ślubowanie Kitesurfera© visvis
Odwiedziła nas też lokalna policja, która zakończyła imprezę przed szkołą Lary jakoś kilkanaście minut po północy, nie podzielając naszego entuzjazmu z siedzenia na materacu rozłożonym na drodze i śpiewu w rytm gitarowego akompaniamentu… na szczęście obeszło się bez mandatów i innych represji :)
Fiesta :)© visvis
* Paella – to tradycyjne hiszpańskie danie przygotowywane z ryżu oraz warzyw. W zasadzie Paellę można dostać w każdej hiszpańskiej restauracji, to ta, którą przygotował Lara była nieziemska. Nie było to danie przygotowanie jako jedno z setek z zaciszu restauracyjnej kuchni, a prawdziwa hiszpańska kolacja przygotowana przez autochtona! W ogromnej patelni (specjalnej do przyrządzania Paelli) znalazło się wszystko, co w tej potrawie znaleźć się powinno: ryż, papryka, kukurydza, groszek i wszelkiej maści owoce morza z krewetkami, kalmarami i małżami na czele…
Paella a'la Lara© visvis
Drogi czytelniku, jeśli kiedykolwiek dotrzesz do Hiszpanii, koniecznie musisz spróbować tradycyjnej Paelli. Nawet jeśli nie lubisz owoców morza postaraj się przełamać (Agata dała radę!) i spróbuj Paelli, bo jeśli tego nie zrobisz, to tak jak gdybyś w Polsce nigdy nie poznał smaku bigosu…
Potęga przyjaźni!
Czwartek, 2 września 2010 | dodano:05.09.2010 | linkuj | komentarze(2)
Kategoria Góry bliższe i dalsze, Hiszpania, Jura, o wszystkim i o niczym, okolice domu bliższe i dalsze
Kategoria Góry bliższe i dalsze, Hiszpania, Jura, o wszystkim i o niczym, okolice domu bliższe i dalsze
Pod koniec kwietnia robiąc Jurę by Bike (kiedyś w końcu ją tutaj opiszę, obiecuję) rozmawialiśmy z Polly o tym jak w czasie jazdy na rowerze człowiek może „się wyłączyć”. Wyłączyć, aby nie myśleć kompletnie o niczym i delektować się tym, co go otacza, pozwalając jednocześnie przemykać po głowie tylko pozytywnym myślom.
Dzisiaj, kiedy kręciłem pod górę długiego podjazdu, właśnie udało mi się wyłączyć i nagle TRZASK, PRASK, BACH – uświadomiłem sobie, że w środę 1 września minęło dokładnie 10 lat od momentu, kiedy pewna banda indywidualistów z Haberdziakiem, Polly i Elvisem na czele została hucznie okrzyknięta klasą „A” I Liceum Ogólnokształcącego w Dąbrowie Górniczej!
Ehhh… Aż łezka w oku się zakręciła, kiedy w telegraficznym skrócie myślą przebiegłem po tych wszystkich mądrych, mniej mądrych oraz całkiem i zdecydowanie niemądrych rzeczach, które w ciągu tych 10 lat udało nam się zrobić… Nocne spacery po Piwnicznej, kaskaderskie plany i zabawy w Zakopanym (wtedy najprawdopodobniej narodził się elVis eXtreme Team), wyniesione szklanki z restauracji w Slavkowie u Brna czy świętowanie 18 urodzin Marci w naszej klasie z Łukaszem Klitą na czatach. Bezcenne są te wszystkie wspólne wypady w góry, na Jurę czy choćby po prostu do Krakowa czy Poznania.
Bezcenne są również wspólnie zdobyte blizny, które do dzisiaj zdobią nasze ciała i przypominają o tym, że cały czas, pomimo upływu lat, gdzieś na Świecie są ludzie, którzy nie do końca poddają się schematom, nie do końca mają wszystko „dobrze poukładane pod sufitem” i o których z całą pewnością i przekonaniem możesz powiedzieć „moi przyjaciele”…
Dzisiaj, kiedy kręciłem pod górę długiego podjazdu, właśnie udało mi się wyłączyć i nagle TRZASK, PRASK, BACH – uświadomiłem sobie, że w środę 1 września minęło dokładnie 10 lat od momentu, kiedy pewna banda indywidualistów z Haberdziakiem, Polly i Elvisem na czele została hucznie okrzyknięta klasą „A” I Liceum Ogólnokształcącego w Dąbrowie Górniczej!
Ehhh… Aż łezka w oku się zakręciła, kiedy w telegraficznym skrócie myślą przebiegłem po tych wszystkich mądrych, mniej mądrych oraz całkiem i zdecydowanie niemądrych rzeczach, które w ciągu tych 10 lat udało nam się zrobić… Nocne spacery po Piwnicznej, kaskaderskie plany i zabawy w Zakopanym (wtedy najprawdopodobniej narodził się elVis eXtreme Team), wyniesione szklanki z restauracji w Slavkowie u Brna czy świętowanie 18 urodzin Marci w naszej klasie z Łukaszem Klitą na czatach. Bezcenne są te wszystkie wspólne wypady w góry, na Jurę czy choćby po prostu do Krakowa czy Poznania.
Bezcenne są również wspólnie zdobyte blizny, które do dzisiaj zdobią nasze ciała i przypominają o tym, że cały czas, pomimo upływu lat, gdzieś na Świecie są ludzie, którzy nie do końca poddają się schematom, nie do końca mają wszystko „dobrze poukładane pod sufitem” i o których z całą pewnością i przekonaniem możesz powiedzieć „moi przyjaciele”…
10 lat minęło jak jeden dzień...© visvis
Kręcimy po okolicy
Czwartek, 2 września 2010 | dodano:05.09.2010 | linkuj | komentarze(1)
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Już w autobusie, który przywiózł nas z Malagi do Tarify, Polly zapowiedziała, że jej urodziny będziemy spędzać aktywnie. Było kilka różnych opcji, propozycji, ale ostatecznie stanęło na jedynym słusznym rozwiązaniu – rowerowych wojażach po okolicy.
A te do jazdy na rowerach są idealne! Ocean, góry, wąskie ścieżki, szerokie szutry, rzadko uczęszczane asfalty i stare tereny wojskowe. Czego chcieć więcej? Oczywiście dobrego sprzętu i tutaj Tarifa, kolejny już raz, pozytywnie mnie zaskoczyła!
Marki Cannondale chyba nie trzeba przedstawiać nikomu, kto ma odrobinę pojęcia o rowerach (dla mniej wtajemniczonych nieco informacji TUTAJ i TUTAJ). Po uiszczeniu 20 euro od osoby na rowerach właśnie tej marki przyszło nam pokonywać andaluzyjskie bezdroża. A rowery muszę przyznać były bardzo fajne (Hydrauliczne tarczówki, osprzęt full Deore, amor z blokadą. Założę się, że w Polsce, rowerów tej klasy w żadnej wypożyczalni się nie uświadczy.
Brakowało mi tylko 3 rzeczy. Po pierwsze rękawiczek, bez których na rowerze czuję się nagi, nie wspominając już o bolących dłoniach od mocno karbowanych chwytów kierownicy. Drugą z nich był brak pampersa, a trzecim brakiem i chyba najbardziej doskwierającym był brak SPDków. Korzystając z tego wynalazku od pond 7 lat tak się do nich przyzwyczaiłem, że jazda na rowerze bez wpięcia wydawcą się być zupełnie inna i jakaś taka dziwna…
No ale w końcu z założenia był to wypad rekreacyjny, więc narzekanie od razu zostało odsunięte na bok i górę wzięły pozytywne emocje czerpane z jazdy. A tych było naprawdę wiele. Przede wszystkim dzięki wyjątkowym widokom, które co chwila zapierały dech w piersi.
No i sama rekreacja wypadu też się mocno zweryfikowała, kiedy okazało się, że siedzieliśmy w siodłach nieco ponad 5 godzin i dystans, który udało nam się pokonać przerósł nasze oczekiwania. Nie wiem dokładnie ile km zrobiliśmy, bo na mapach Pana Google jest tyle dróg, że nie do końca wiem, którymi z nich jechaliśmy, ale nie skłamię kiedy napiszę, że kilkadziesiąt kilometrów zrobiliśmy na pewno!
Spragnienie większej ilości widoków znajdą je TUTAJ.
A te do jazdy na rowerach są idealne! Ocean, góry, wąskie ścieżki, szerokie szutry, rzadko uczęszczane asfalty i stare tereny wojskowe. Czego chcieć więcej? Oczywiście dobrego sprzętu i tutaj Tarifa, kolejny już raz, pozytywnie mnie zaskoczyła!
Marki Cannondale chyba nie trzeba przedstawiać nikomu, kto ma odrobinę pojęcia o rowerach (dla mniej wtajemniczonych nieco informacji TUTAJ i TUTAJ). Po uiszczeniu 20 euro od osoby na rowerach właśnie tej marki przyszło nam pokonywać andaluzyjskie bezdroża. A rowery muszę przyznać były bardzo fajne (Hydrauliczne tarczówki, osprzęt full Deore, amor z blokadą. Założę się, że w Polsce, rowerów tej klasy w żadnej wypożyczalni się nie uświadczy.
teren wojskowy? czy my przypadkiem nie znamy tego z Hel(l)u?© visvis
Brakowało mi tylko 3 rzeczy. Po pierwsze rękawiczek, bez których na rowerze czuję się nagi, nie wspominając już o bolących dłoniach od mocno karbowanych chwytów kierownicy. Drugą z nich był brak pampersa, a trzecim brakiem i chyba najbardziej doskwierającym był brak SPDków. Korzystając z tego wynalazku od pond 7 lat tak się do nich przyzwyczaiłem, że jazda na rowerze bez wpięcia wydawcą się być zupełnie inna i jakaś taka dziwna…
zobaczyć Afrykę z rowerowego siodła - BEZCENNE!© visvis
No ale w końcu z założenia był to wypad rekreacyjny, więc narzekanie od razu zostało odsunięte na bok i górę wzięły pozytywne emocje czerpane z jazdy. A tych było naprawdę wiele. Przede wszystkim dzięki wyjątkowym widokom, które co chwila zapierały dech w piersi.
Góry, morze i rower - to, co Tygryski lubią najbardziej© visvis
No i sama rekreacja wypadu też się mocno zweryfikowała, kiedy okazało się, że siedzieliśmy w siodłach nieco ponad 5 godzin i dystans, który udało nam się pokonać przerósł nasze oczekiwania. Nie wiem dokładnie ile km zrobiliśmy, bo na mapach Pana Google jest tyle dróg, że nie do końca wiem, którymi z nich jechaliśmy, ale nie skłamię kiedy napiszę, że kilkadziesiąt kilometrów zrobiliśmy na pewno!
elVis eXtreme Team na mecie!© visvis
Spragnienie większej ilości widoków znajdą je TUTAJ.
Pozory czasami mylą
Środa, 1 września 2010 | dodano:03.09.2010 | linkuj | komentarze(2)
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Pisząc pierwszy post z Tarify wspominałem o Seniorze Antonii, która przywitała nas 21 sierpnia krzykiem i złością. Wspominałem też o tym, że mam wrażenie, że Seniora Antonia będzie gościła na łamach tego bloga często.
Dzisiaj po dwóch tygodniach pobytu tutaj można to już zweryfikować – może nie pojawia się tutaj często, ale na pewno systematycznie… I dzisiaj nie dość, że będzie o Antonii to będzie jeszcze pozytywnie.
Już kilka dni temu zmieniło się jej podejście do mieszkańców jej mieszkania. Pierwszym symptomem było to, kiedy podczas śniadania z Wero Antonia wyjrzała przez okno i zamiast tradycyjnych wrzasków spokojnym i uśmiechniętym głosem zapytała jak leci, jak smakuje kawka i zaczęła się żalić, że nie chce jej się samej gotować obiadu itd., itd. Również tego samego dnia, Seniora Antonia, poznała nas (Agatę, Adama i Mnie) i pozdrowiła radosnym Ola!
Dzisiaj jednak przeszła samą siebie! Polly pisząc o Antonii w swoim blogu wspominała o tym, że poza niezliczonymi kamienicami „Starsza Pani” prowadzi sklep z owocami, w którym ceny są z brane z kosmosu i równie astronomicznie wysokie. Przed naszym wyjściem na plażę krzątaliśmy się jeszcze między mieszkaniem a patio, co zostało przyuważone przez Antonię. Coś tam powiedziała, pomruczała pod nosem i zniknęła w swoim mieszkaniu na pięterku. Po kilku minutach znów się pojawiła, tym razem w oknie i już z uśmiechem na twarzy zrzuciła nam reklamówkę z niespodzianką – 2 świeżutkimi śliwkami gigantami i 2 soczystymi gruszkami!
Widać nie taki diabeł straszny jak go malują, co? :)
Dzisiaj po dwóch tygodniach pobytu tutaj można to już zweryfikować – może nie pojawia się tutaj często, ale na pewno systematycznie… I dzisiaj nie dość, że będzie o Antonii to będzie jeszcze pozytywnie.
Już kilka dni temu zmieniło się jej podejście do mieszkańców jej mieszkania. Pierwszym symptomem było to, kiedy podczas śniadania z Wero Antonia wyjrzała przez okno i zamiast tradycyjnych wrzasków spokojnym i uśmiechniętym głosem zapytała jak leci, jak smakuje kawka i zaczęła się żalić, że nie chce jej się samej gotować obiadu itd., itd. Również tego samego dnia, Seniora Antonia, poznała nas (Agatę, Adama i Mnie) i pozdrowiła radosnym Ola!
Seniora Antonia w drodze do domu© visvis
Dzisiaj jednak przeszła samą siebie! Polly pisząc o Antonii w swoim blogu wspominała o tym, że poza niezliczonymi kamienicami „Starsza Pani” prowadzi sklep z owocami, w którym ceny są z brane z kosmosu i równie astronomicznie wysokie. Przed naszym wyjściem na plażę krzątaliśmy się jeszcze między mieszkaniem a patio, co zostało przyuważone przez Antonię. Coś tam powiedziała, pomruczała pod nosem i zniknęła w swoim mieszkaniu na pięterku. Po kilku minutach znów się pojawiła, tym razem w oknie i już z uśmiechem na twarzy zrzuciła nam reklamówkę z niespodzianką – 2 świeżutkimi śliwkami gigantami i 2 soczystymi gruszkami!
prezent od Antonii© visvis
Widać nie taki diabeł straszny jak go malują, co? :)
Urodzinowa niespodzianka
Środa, 1 września 2010 | dodano:05.09.2010 | linkuj | komentarze(0)
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Planując wyjazd do Hiszpanii tak planowaliśmy jego termin, aby zahaczyć o 2 września czyli urodziny Polly, które ostatni raz wspólnie spędzaliśmy w 2003 roku, kiedy Polly kończyła 18 lat. Impreza w Sosnowcu, na Zagórzu, na którą przyjechałem prosto z tygodniowego szkolenia, które prowadziłem pod Słupskiem…
Potem jakoś tak się układało, że Polly nosiło po Świecie i utarła się przez to mała tradycja – co roku, 2 września, wysyłałem Polly życzenia SMSem, który obowiązkowo musiał zawierać w sobie 2 zwroty. Pierwszy z nich to „Gdziekolwiek jesteś”, a drugi to podsumowanie „Stara Dupo” :) Pamiętam, że pierwszego SMSa wysyłałem jadąc z Tatą do Katowic na WNS dostarczyć resztę niezbędnych dokumentów do tego, aby zostać pełnoprawnym studentem.
Od tamtego czasu minęło 6 lat, jesteśmy wszyscy razem jakieś 3,5 tysiąca kilometrów od domu i w końcu będzie można świętować urodziny Polly bez SMSów. Dlatego też trzeba było wymyślić coś oryginalnego, aby uczcić nie tylko urodziny, ale również spotkanie „na żywo” w tym dniu.
Wybór padł na „mini palmę” zrobioną z tego, co można znaleźć na plaży czyli kory prawdziwej palmy i liści jakiejś palmowej trzciny oraz kawałka sznurka znalezionego na zamku w Tarifie. W ogóle zbierając to wszystko czułem się trochę jak w jakiejś grze komputerowej, gdzie bohater zbiera wszystko co znajdzie do plecaka, a potem używa tego w różnych okolicznościach.
Wieczorem, kiedy Polly poszła do pracy ja zabrałem się za struganie i dzierganie napisów w korze, a Agata z Adamem wzięli się za przygotowanie urodzinowej sałatki z pomarańczy, daktyli i migdałów. Kiedy skończyliśmy było w zasadzie niedaleko do północy, więc swoje kroki skierowaliśmy do Almediny, do której ze śpiewem na ustach weszliśmy dokładnie o północy!
Sądząc po minie Polly – niespodzianka się udała i okazał się wstępem do moooooooocno imprezowej nocy, która wydawała się trwać bez końca!
PS.
A SMSa i tak wysłałem :D
Potem jakoś tak się układało, że Polly nosiło po Świecie i utarła się przez to mała tradycja – co roku, 2 września, wysyłałem Polly życzenia SMSem, który obowiązkowo musiał zawierać w sobie 2 zwroty. Pierwszy z nich to „Gdziekolwiek jesteś”, a drugi to podsumowanie „Stara Dupo” :) Pamiętam, że pierwszego SMSa wysyłałem jadąc z Tatą do Katowic na WNS dostarczyć resztę niezbędnych dokumentów do tego, aby zostać pełnoprawnym studentem.
Od tamtego czasu minęło 6 lat, jesteśmy wszyscy razem jakieś 3,5 tysiąca kilometrów od domu i w końcu będzie można świętować urodziny Polly bez SMSów. Dlatego też trzeba było wymyślić coś oryginalnego, aby uczcić nie tylko urodziny, ale również spotkanie „na żywo” w tym dniu.
Wybór padł na „mini palmę” zrobioną z tego, co można znaleźć na plaży czyli kory prawdziwej palmy i liści jakiejś palmowej trzciny oraz kawałka sznurka znalezionego na zamku w Tarifie. W ogóle zbierając to wszystko czułem się trochę jak w jakiejś grze komputerowej, gdzie bohater zbiera wszystko co znajdzie do plecaka, a potem używa tego w różnych okolicznościach.
prezenty - niespodzianki© visvis
Wieczorem, kiedy Polly poszła do pracy ja zabrałem się za struganie i dzierganie napisów w korze, a Agata z Adamem wzięli się za przygotowanie urodzinowej sałatki z pomarańczy, daktyli i migdałów. Kiedy skończyliśmy było w zasadzie niedaleko do północy, więc swoje kroki skierowaliśmy do Almediny, do której ze śpiewem na ustach weszliśmy dokładnie o północy!
Niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju koncert w Almedinie© visvis
Sądząc po minie Polly – niespodzianka się udała i okazał się wstępem do moooooooocno imprezowej nocy, która wydawała się trwać bez końca!
Tarifa się bawi!© visvis
PS.
A SMSa i tak wysłałem :D
Zdobywycy - nowa świecka tradycja
Wtorek, 31 sierpnia 2010 | dodano:01.09.2010 | linkuj | komentarze(6)
Kategoria Hiszpania, Jura, okolice domu bliższe i dalsze
Kategoria Hiszpania, Jura, okolice domu bliższe i dalsze
d a n e w y j a z d u
Będąc przy Giblartarze koniecznie muszę wspomnieć o pewnej świeckiej tradycji, która narodziła się tam w czasie naszego pobytu. Konkretnie chodzi o zdjęcie „zdobywców” :)0.00 km
0.00 km teren
h
km/h
0.00 vmax
*C
HR max(%)
HR avg(%)
m kcal
Kiedy wchodziliśmy na szczyt mieliśmy nieodparte wrażenie, że jesteśmy na naszej ukochanej Jurze Krakowsko – Częstochowskiej. Co prawda widok oceanu nieco burzył te odczucia i ale biel skał jednak podtrzymywała w nas wrażenie znajomości tego krajobrazu.
Czując bliskość jurajskich klimatów przypomniało nam się zdjęcie, które zrobiliśmy w zeszłym roku w trakcie świętowania na Jurze pięciolecia naszej matury. Wtedy powstało zdjęcie, które prezentuję poniżej.
Zdobywcy na szczycie jurajskiej skały© visvis
A tak prezentuje się wersja Gibraltarska tej samej pozy. Wyszło chyba całkiem podobnie, prawda?
Zdobywycy w drodze na szczyt Gibraltarskiej skały© visvis
I może warto ogłosić konkurs? Pytanie jest następujące: Gdzie powstanie kolejne zdjęcie z serii „zdobywcy”? Na odpowiedzi czekam w komentarzach, a co będzie nagrodą ustalę przy innej okazji :)
Tańczący z małpami
Wtorek, 31 sierpnia 2010 | dodano:01.09.2010 | linkuj | komentarze(4)
Kategoria okolice domu bliższe i dalsze, Hiszpania
Kategoria okolice domu bliższe i dalsze, Hiszpania
d a n e w y j a z d u
Będąc tutaj jakoś tak dziwnie wychodzi, że wbrew upartej opinii, niedziela jest najaktywniejszym dniem w tygodniu. Nie inaczej było i w ostatni siódmy dzień tygodnia, kiedy to postanowiliśmy się wybrać na Gibraltar.0.00 km
0.00 km teren
h
km/h
0.00 vmax
*C
HR max(%)
HR avg(%)
m kcal
Miejsce wyjątkowe dla Polaków, którego nieodwiedzenie będąc tak blisko byłoby po prostu grzechem. Tak więc z samego rana wpakowaliśmy się w autobus i pełni energii zostaliśmy dowiezieni prawie pod samą granicę Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Przekroczenie granicy poszło niezwykle sprawnie, choć chyba pierwszy raz w obrębie strefy Schengen musiałem pokazać dowód tożsamości :)
A czym nas przywitał Gibraltar? Przede wszystkim strefą wolnocłową, z które postanowiły skorzystać dziewczyny i wędrówka od perfumerii do perfumerii wydawała się nie mieć końca… A cały czas ta właściwa wędrówka zaplanowana na dzisiejszy dzień ciągle była przed nami… No właśnie! Wędrówka… Głównym gwoździem programu było wejście na szczyt skały, która jest znakiem rozpoznawczym Gibraltaru i sięga ponad 400 metrów wysokości.
Z pozdrowieniami dla Karlosa, który miał być tam z nami© visvis
Droga była nieco męcząca (lejący się z nieba żar i niewielkie ilości wody, w którą byliśmy wyposażenie), ale kto jak kto – my wiedzieliśmy, że choć by się waliło i paliło i tak damy radę! No i nie pomyliliśmy się! Ba! Na szczycie byliśmy szybciej niż wskazywały na to wszystkie tabliczki i kierunkowskazy, a brak wody i zmęczenie sukcesywnie pokonywane było przez zapierające dech w piersiach krajobrazy.
zmęczeni wędrowcy© visvis
Na samym szczycie udało nam się spotkać równie znane jak sama skała – gibraltarskie małpy, które jednak okazały się nieco przereklamowane. Niby miały być złośliwe, miały kraść wszystko niczym sroki, a one w większości po prostu spały… Czyżby sjesta udzielała się nawet małpą?
przyczajony tygrys ukryty smok© visvis
Po zdobyciu szczytu obowiązkowym punktem programu była jeszcze sesja zdjęciowa na chyba jedynym takim lotnisku na świecie! Tutejsze lotnisko wbrew normalnym wyobrażeniom na temat tego typu obiektów przecięte jest 4 pasmową drogą, ścieżką rowerową i chodnikiem… A co jak przylatuje samolot? Na jednym i drugim krańcu lotniska włącza się czerwone światło dla rowerów, pieszych i samochodów, potem ląduje samolot, a potem wszystko wraca do normy :)
Ogólnodostępny pas startowy© visvis
Więcej zdjęć z całej gibraltarskiej eskapady zobaczyć można TUTAJ
PS.
Pamiętacie może reklamę margaryny Manuel? Nam przypomniała się ona dzisiaj rano przygotowując prowiant na nasze wojaże :)
Manuel jak się patrzy!© visvis
Akcja „Sprzątanie Świata”
Wtorek, 31 sierpnia 2010 | dodano:01.09.2010 | linkuj | komentarze(3)
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Kategoria Hiszpania, okolice domu bliższe i dalsze
Co prawda Sprzątanie Świata odbywa się co roku w trzeci weekend września, ale w tym roku w Tarifie zagościło ono nieco wcześniej… A wszystko za sprawą Nico i „Starszej Pani, która musi zniknąć”. W związku z wyjazdem Niko, na którego wynajęte jest mieszkanie Seniora Antonia miała przyjść zobaczyć w jakim jest ono stanie…
Z racji tego, że jest to prawdziwy dom otwarty i przetaczają się przez nie tabuny ludzi zawsze ktoś coś zostawi nie tam gdzie powinien, tutaj coś upadnie, a ktoś zapomni podnieść i wszystko wygląda zgodnie ze słowami piosenki Elektrycznych Gitar:
” zapuściłem się to zdrowo coraz wyżej piętrzą się graty
kiedyś wszystko poukładam teraz się położę na tym
to mi się wreszcie należy więc się położę na tym „
No właśnie… :) Wczoraj przyszło to „kiedyś” i trzeba było się nieco ogarnąć… Polly w udziale przypadła łazienka, więc postanowiłem ją wesprzeć i spotęgować wrażenie z telewizyjnych reklam środków czyszczących w myśl „przed” i „po”!
PS.
Mamuś, to była naprawdę wyjątkowa okazja i na szczęście Seniora Antonia nie będzie sprawdzać porządku na moim biurku. Uffff… :)
Z racji tego, że jest to prawdziwy dom otwarty i przetaczają się przez nie tabuny ludzi zawsze ktoś coś zostawi nie tam gdzie powinien, tutaj coś upadnie, a ktoś zapomni podnieść i wszystko wygląda zgodnie ze słowami piosenki Elektrycznych Gitar:
” zapuściłem się to zdrowo coraz wyżej piętrzą się graty
kiedyś wszystko poukładam teraz się położę na tym
to mi się wreszcie należy więc się położę na tym „
No właśnie… :) Wczoraj przyszło to „kiedyś” i trzeba było się nieco ogarnąć… Polly w udziale przypadła łazienka, więc postanowiłem ją wesprzeć i spotęgować wrażenie z telewizyjnych reklam środków czyszczących w myśl „przed” i „po”!
załamka...© visvis
PS.
Mamuś, to była naprawdę wyjątkowa okazja i na szczęście Seniora Antonia nie będzie sprawdzać porządku na moim biurku. Uffff… :)
Przy pracy© visvis